WSPOMNIENIA ABSOLWENTKI I LO W PIEKARACH ŚL. PO 50 LATACH

MENU

Zamknij
WSPOMNIENIA ABSOLWENTKI I LO W PIEKARACH ŚL. PO 50 LATACH

WSPOMNIENIA ABSOLWENTKI I LO W PIEKARACH ŚL. PO 50 LATACH

Trudno ogarnąć wszystko dobro, które wtedy zakiełkowało, a miało czas rozwijać się przez dalsze 50 lat życia. Tym bardziej, że wspomnień przybywa wraz z latami. To co kiedyś było marginalne lub niezrozumiałe, teraz zaczyna wybrzmiewać, po prostu jest ważne. Do Liceum Ogólnokształcącego w Piekarach Śl. (wtedy czteroletniego po siódmej klasie) uczęszczałam wraz z moim trojga rodzeństwem, a przed wojną nasza mama do noszącego wówczas nazwę Gimnazjum.
Zacznę od tego co mnie (nas uczniów ) wyróżniało w oczach innych, ale nie zwracałam na to większej uwagi: na ćwiczeniach gimnastycznych w czasie studiów lub w sanatoriach czy na wczasach spotkałam się z uznaniem co do mojego wygimnastykowania, a nieraz sama spostrzegałam z jak wielkim trudem moi współtowarzysze ćwiczą. Pytana o moją sprawność odpowiadałam: miałam b. dobry W-F w ogólniaku w Piekarach Śl. To państwo profesorowie Iwańscy zmagali się, nieraz pokrzykując na nas, ale wyszło na dobre.

Dziwiono się też, że miałam cztery lata łaciny oprócz dwóch języków nowożytnych. Aż cztery, pytano się, bo myśmy na studiach lingwistycznych mieli krócej? Tak aż cztery, bo nasz pan dyrektor tak sobie życzył. Dyrektor Stanisław Stanuch miał wtedy taką „fantazję” chociaż nie było oceny z łaciny na świadectwie maturalnym. Do tej fantazji pana dyrektora należała jeszcze gra obowiązkowa na instrumencie uczniów wstępujących do szkoły. Dzisiaj upadek poziomu szkolnictwa profesorowie upatrują m. innymi w braku łaciny w szkole. Jeszcze sprawa kardynalna: mój ogólniak nauczył mnie uczyć się. Koledzy na studiach z trudem pokonywali opór przed systematyczną pracą. Ja miałam to już za sobą. Do dzisiaj pamiętam definicję wirusa i nieco systematyki w językach polskim i łacińskim i nieraz popisuję się tym budząc zdziwienie. To wysiłek, a właściwie pasja pani profesor Marii Wawer.

20180623_085503

Z języka rosyjskiego mieliśmy w ósmej klasie (w pierwszej licealnej) panią profesor Bielakową, nie mówiącą dobrze w języku polskim. Miałam szczęście do rusycystek, dzisiaj nazywanych native speaker. Tak było też w szkole podstawowej o bardzo wysokim poziomie w Dąbrówce Wielkiej, gdzie uczyła rosyjskiego pani Bronisława Poniatowska i potem na studiach mgr Pietrkowa. Pytano mnie nieraz gdzie uczyłam się rosyjskiego, bo widocznie radziłam sobie z nim dobrze. Właśnie w szkole w Dąbrówce Wielkiej dzięki nauczycielce pani Emilii Janusowej zrodziło się moje zainteresowanie matematyką.
W ogólniaku takim bardzo dobrym nauczycielem języka francuskiego uczącym w klasach równoległych był profesor Madeja, studiujący kiedyś w Lyonie. Wybitni ci fachowcy pracowali za skromną pensję, nie robiąc żadnych interesów, a tak dzieje się dzisiaj.
Profesorowi Józefowi Wilnerowi zawdzięczamy znajomość wielu popularnych piosenek francuskich ludowych, a nawet z repertuaru Edith Piaff, których nas wytrwale uczył, a czasem akompaniował do nich w auli na fortepianie urozmaicając lekcje i utrwalając materiał z j. francuskiego.
Przede wszystkim piękna była pasja nauczycielska profesorów, którzy czasem musieli uciekać się do teatralności, żeby młodzież lepiej wykształcić i wychować. Profesor Hubert Nowak – chemik zakomunikował przy uczniach profesorce Wawer, że bardzo chciałby mieć kalesony koloru chlorofilu lub karotenu, które wytrącały się w próbówkach w pracowni biologicznej. Pani profesorka Wawer nie przestawała edukować młodzieży również na wycieczce w Pieninach, gdzie na którymś ze szczytów łapiąc za gałązki drzew pytała w obecności uczniów z innych miast polskich
o kwiatostany żeńskie i męskie. Natomiast serce geografa odkrył przed nami profesor Władysław Marciniak w dziesiątej klasie na wycieczce do Kotliny Kłodzkiej. Cieszył się opowiadając nam o tych górach.
Z sytuacji w pewnym sensie komicznych to kilkakrotna zapowiedź profesora Jerzego Małoty, że nam dziewczynom gumą wypisze po nogach z powodu spódniczek mini. Te spódniczki to owoc kulturalnej jak na owe czasy rewolucji zapoczątkowanej pieśnią „Dziwny jest ten świat” co wykonywał krzycząc ku oburzeniu starszego pokolenia Czesław Niemen.
Zrozumiałam potrzebę i skuteczność takiej gry aktorskiej nauczyciela, gdy sama pracowałam przez wiele lat w tym zawodzie.

dscn2977

Profesor Wilner (od j. francuskiego i łaciny) wyraził niezadowolenie ze skromnego ale modnego bukiecika kwiatów fiołków alpejskich lub być może również modnej wtedy gloriozy na bodaj Dzień Nauczyciela. Nasza klasa przy następnej okazji zakupiła profesorowi kosz wiklinowy z kwiatami, którego nie mogłyśmy zanieść do pokoju nauczycielskiego, tylko przed zabraniem do domu miał stać w czasie trwającej lekcji w tyle za ławkami. Takie wrażenie zrobił kosz!
Połączenie przedmiotów j. francuski i j. łaciński było z pewnością przypadkowe, ale jakże trafione. Uczący nas w ósmej klasie łaciny i j. polskiego profesor Władysław Gładysiewicz (bibliotekarz szkolny) zwrócił uwagę na wymowę słów o podobnym składzie liter jak w łacińskim etiam (czyta się ecjam) jako pozostałość po średniowiecznej łacinie kościelnej. Nie wiem czy to takie ważne, jednak dla mnie było ciekawe. W języku francuskim słowa jak np. attention czytamy atansią, nie mówiąc o pochodzeniu i gramatyce obu tych języków. Zaś na j polskim przy omawianiu lektury „Syzyfowe prace” Stefana Żeromskiego profesor wyraził się, że miłość Marcina Borowicza do Biruty była skończenie piękna. Dziwiło mnie to dlaczego tę miłość ogranicza? Ja bym wtedy powiedziała nieskończenie piękna. Z czasem dojrzałam i zrozumiałam.
W klasach od dziewiątej do jedenastej j. polskiego uczyła nas pani profesor Anna Gładysiewiczowa. Była to osoba o wielkiej kulturze i skromności. Zawdzięczamy pani profesor, m. innymi to, że pozwalała nam na samodzielne tworzenie przedstawień na bazie „Chłopów” Reymonta i utworów Sienkiewicza.
Dyrektor, profesor Stanuch po zakończonych koncertach – często z pianistką Klarą Langer-Danecką, i innymi, za każdym razem wchodził z trudem na scenę w bamboszach na chorych nogach – co było pamiątką z obozów koncentracyjnych, żegnając uściskami i całusami artystów i tak dziękując im za przybycie. Wtedy nawet znużeni koncertem uczniowie bili gromkie brawa.
Jak wyglądała nasz klasa? Same dziewczyny. Na pamiątkowym tableau umieszczono zdjęcia wszystkich uczennic. Jest ich 36. Zdjęcia wówczas były wyłącznie czarno-białe.

20180623_085513

Wychowawcą przez cztery lata był łagodny i bardzo wyrozumiały matematyk profesor Władysław Stolarczyk. Chodziło się obowiązkowo w mundurkach lub fartuszkach zakrywających nieraz niedostatek panujący w naszych domach.
O malowaniu się dziewcząt nie było mowy. Co do obcasów też było wielkie zastrzeżenie. Na rękawach musiała być przyszyta tarcza. Co roku tarcza była nowa z dołączoną kolejną belką aż do czterech w klasie maturalnej, co miało oznaczać, że na każdą belkę trzeba sobie zasłużyć. Absolutny był zakaz pojawienia się w kawiarni. Nauczyciele pilnie to obserwowali. Tatuaże nie były modne u osób mających aspiracje intelektualne. Nie było też uważane za kulturalne picie bezpośrednio z butelki. Musiała do tego służyć szklanka.
Wiele z nas dojeżdżało. Pamiętam uroczy tramwaj 8-kę jadący z Dąbrówki do Szarleja – bankę i ten szybki bieg, gdy tramwaj już dzwonił. Potem dojeżdżałam przepełnionym autobusem (być może taniej było na przyznany po czasie bilet miesięczny). W autobusie było zawsze gwarno i wesoło. Nikt wtedy nie woził uczniów do szkoły, zresztą oprócz samochodu ojca kolegi Maksia Freja nie widywałam u innych samochodów. Nasi koledzy z Zagłębia mieli swoje autobusy nazywane przez nich „auto”. Autobusy te jeździły rzadziej. Musieli uważać, żeby nie przegapić godziny odjazdu. Idąc do szkoły wstępowało się do piekarni państwa Frejów po kołoczki za skromne kieszonkowe czy też gdy było trochę więcej czasu do kościoła w Szarleju. Szarlej i Piekary wydawały mi się wtedy dużym miastem. Patronem szkoły był wówczas poeta komunistyczny Władysław Broniewski. Jego portret dużego formatu wiszący w auli malowała podobno uzdolniona artystycznie profesorka Helena Macha, ucząca prac ręcznych.

dscn2976

Starsze pokolenia wspominały, że przed wojną patronem, tak jak i dzisiaj był Jan III Sobieski. Pamiętam, że kiedyś był pochód upamiętniający przemarsz króla Sobieskiego przez Piekary i wtedy to nasze koleżanki Kazia Sindera i Józia Koszentka (nazwiska panieńskie) występowały w przebraniu za dworki. Marzeniem chyba wszystkich absolwentów jest aby król Sobieski doczekał się w Piekarach muzeum jemu poświęconego, a przede wszystkim, aby to wielkie wydarzenie historyczne jakim była bitwa pod Wiedniem zostało należycie docenione.
Maturę zdawaliśmy w maju 1968 roku w czerwonych krawatach jako młodzież ZMS-owska. Zapisanie się do tej organizacji było obowiązkowe. Jednak chyba nikt nie brał tego poważnie. Jednym z tematów maturalnych z j. polskiego był Mickiewicz, ale w ujęciu ówczesnych władz politycznych, który brzmiał mniej więcej tak: „Rozwiń słowa Władysława Gomułki, że Adam Mickiewicz nie był i nie będzie sztandarem reakcji” (była to odezwa władz po wystawieniu w teatrze III części Dziadów Mickiewicza – co zapoczątkowało wypadki marcowe w 1968 r.). Wiele osób przygotowanych było z Romantyzmu. Trudno. Trzeba się było zmagać z tym tematem. Matura z matematyki była obowiązkowa. Tematy dla wszystkich były jednakowe bez podziału na różne poziomy.
Mnóstwo jeszcze wspomnień można opisać. Ciągle coś nowego pojawia się w pamięci. To co było kiedyś dla nas oczywiste i niedocenione, teraz wydaje się piękne i owocujące przez cała lata. Nie powinniśmy więc mieć kompleksów wobec kończących renomowane szkoły w dużych miastach.
Z naszego rocznika trzy osoby obroniły doktoraty z przedmiotów ścisłych, w tym dwóch profesorów (stan na 2008 r.). Nasz ogólniak dał nam dobre podwaliny pod dalsze życie.

dscn2979

P.S. Na jubileuszowym zjeździe, który miał miejsce 21.04.18 w Piekarach w Hubertówce z obecną na nim z ówczesnego grona profesorskiego tylko profesor Wandą Marciniak ustaliliśmy, że kolejne spotkanie rocznika powinno odbyć się za dwa lata.
Będziemy wtedy siedemdziesięciolatkami.
Przewodniczące klas: Janina Babis (Ziegler), Joanna Wróbel (Flak) i Ewa Sichała-Urbańczyk (być może, że nie przez cały czas w szkole) nadal pełnią, choć już tylko z okazji jubileuszów te zaszczytne funkcje. One to przemawiając wręczyły piękny bukiet kwiatów pani profesor Marciniakowej dziękując za to co było kiedyś i za przybycie na uroczystość. Przybyły również osoby mieszkające za granicą. One to najbardziej przeżywały spotkanie. W szczególności można było zauważyć ten jedyny błysk radości w oczach u osób, które na zjeździe były po raz pierwszy!
Wszystkim organizatorom spotkania i uczestniczącym w nim kolegom należą się serdeczne podziękowania!

Wdzięczna Anna Laskowska

Back Top